Siedem

na środku stołu a właściwie
pod środkiem
gdzie dotknęły się nasze kolana

korytarz przeciąg tam
odchodzisz
ale równie dobrze wracasz

ognisko zapalne przy umywalce
rankiem

elektryczne krzesełko
gdy próbujemy się mierzyć
na migi i splecione palce

w szafie kiedy jeszcze
nie mamy co
na siebie włożyć

parapet na którym się patrzy
w widok za okiem

między Twoim żebrem
a moim pępkiem
świata siedem

cudów.

Reklamy

Światłoczułe kartki

Patrzę na „chiaroscuro” Withkacego Zaborniaka i mam wrażenie, że przede mną leży nie tomik wierszy, ale piękne, czarno – białe zdjęcie. Kartki tej książki musiały być wykonane z jakiegoś światłoczułego materiału, który utrwalił – jak na kliszy – blaski i cienie ludzkiego życia. Nie jest to wbrew okładce obraz binarny, upraszczający rzeczywistość, ale pełen niuansów wypełzających zza białego tła i czarnych liter.

Autor mający w swoim dorobku poprzedni tomik pt. „Piętno umęczonej ziemi” (2012) żyje na łonie dwóch ojczyzn – Grecji i Polski. Może właśnie z tego powodu, każdy z sześćdziesięciu dwóch wierszy „chiaroscuro” wydaje mi się kolejnym krokiem stawianym na marginesie pomiędzy dwoma światami. Czytanie tej poezji to podróż odbywająca się w granicy świata dotykalnego i duchowego, a wędrowiec jest istotą wygnaną z jednego i drugiego. Dwie rzeczywistości spotykające się na niewidocznej ścieżce, współistnieją i przenikają się, żeby ukazać życie w zupełnie nowej, lekkiej, iluzyjnej odsłonie.

Daje się w wielu wersach wyczuć pewną melancholię. Jest to żal banity, ale Bóg – sprawca wszystkiego, cel podróży i jednocześnie adresat całego „chiaroscuro”  staje się nie tyle obiektem oskarżeń, jako ten, który wygnał, ale towarzyszem, takim samym cudzoziemcem, jako ten, którego świat nie przyjął. Wytwarza się swoista więź duchowa, zbudowana przez poczucie podobieństwa do Stwórcy, który jest przewodnikiem, łącznikiem i jedyną nadzieją na wydostanie się z marginesu prawdziwego życia.

Tylko, która z przenikających się rzeczywistości jest ostatecznie prawdziwa?

Warto poszukać odpowiedzi w czarno – białej fotografii i ciągle odnajdywać nowe odcienie odbite na światłoczułych kartkach. Ja lubię powracać na granicę światów – pewnie dlatego, że czuję się tam jakoś dziwnie na miejscu.

Myślę, że tomik jest właśnie dla cudzoziemców – ludzi, którzy nie godzą się na obecne realia, ale mają świadomość własnych ograniczeń. Książka ta może być dla każdego z nich wspaniałym pocieszeniem.

Tomik można nabyć u autora. Wystarczy wysłać wiadomość tutaj.

Pikantny „Akt”

Tomik wierszy Izabeli Trojanowskiej wpadł mi w ręce przy okazji wieczoru autorskiego zorganizowanego w restauracji Miastova w grudniu ubiegłego roku. Spotkanie zrobiło na mnie wrażenie – to tylko jeden z powodów dla których od kilku miesięcy nie odkładam tej smukłej książeczki na półkę. Jej miejsce jest gdzie indziej: na oparciu kanapy, stoliku w salonie, parapecie w kuchni, albo na biurku pomiędzy firmowymi dokumentami, a świeżo zaparzoną kawą.

Okładka zaprojektowana przez Pawła Trojanowskiego emanuje zmysłową obietnicą, ale tuż po otwarciu pierwszej strony okazuje się, że nie jest to wcale akt oczywisty, zamknięty tylko w jednym – cielesnym znaczeniu. Przeciwnie, biorąc do ręki jeden „Akt”, dostajemy w prezencie cudowną wielość znaczeń.

Autorka podzieliła treść na trzy rozdziały. Wiersze zawarte w „Akcie miłosierdzia” zdają się być najbardziej kruche, ulotne i delikatne. Wołają o pomoc, o osłonę. Zdają się mówić: „jestem pyłkiem”.

Okazuje się, że to tylko jedna strona medalu, na którego rewersie wyrzeźbiono rozdział drugi – „Akt zuchwalstwa”. Ten akt nie woła – on krzyczy! Nie wzdycha – jęczy! Przeczytanie wierszy z tej części książki to jak przepłynięcie zbuntowanego oceanu i muszę przyznać, że to właśnie kartki środkowego rozdziału są w moim egzemplarzu najbardziej wytarte.

Rozdział trzeci – „Akt tworzenia” to wahanie. Mówi: „oto niedoskonałość” i próbuje dociec, czy warto ją współtworzyć. Nie tylko w przestrzeni artystycznej, ale też w namacalnej rzeczywistości. Nie pozostawia też jednoznacznej odpowiedzi i zmusza do poszukiwań.

„Akt” w istocie jest pikantny. Nieoczywisty. Jednocześnie czuły i hardy. Polecam go wszystkim, nawet tym, którzy przygodę z poezją dopiero zaczynają. Warto.

Tomik można nabyć u autorki. Wystarczy wysłać wiadomość tutaj.

Chwile

To są dawne czasy, siedzę na plaży.
Wzrok wlepiony w Ocean, jakby nie wiedział. Jakby zaledwie wierzył, że On tam jest – potężny, szumiący, słony, rozemocjonowany tłum kropel.
Dotyk to mój najbardziej śmiały zmysł. Poza tym – jest realistą. Uprzejmie informuje, że ocean wyrzucił na brzeg piasek, który da się zważyć. Mówi, żebym nie zwracała uwagi na daleką mrzonkę tłukącej się wody, a wzrok kłóci się z nim i próbuje sam, na dowód wiarygodności wylać spod powiek kilka morskich kropel.

Dosyć.

Kochany Oceanie,
odważyłeś się być poza moimi zmysłami. Wyrzuciłeś piasek jak małe ziarenka chwil. Pozwól, że większość z nich tu zostawię – i tak codziennie przesypują się przez palce. Dalej pójdę z tymi, które przeszkadzając i bodąc zostały za paznokciami.
Amen.

***

pomarszczona pergaminowa o słowach
błahych jak kwiaty
na balkonie nie wierząca obcym
oczom której świat zamyka się
w skorupce rosy

rozcięta za uszami i rozpięta
na badylkach z dręczących wspomnień
za których ujście też płaci
jak za nadzieję głębszego
komplementu o nosku zadartym
że aż wstyd

wypchany po nierówny sufit
jak apteczne półki
po brzegi wiecznie za małe
by pomieścić
rosnący apetyt na strugi
słonego zwycięstwa

autor na każdy temat
rozkazujący zdaniem
autorytarny nie mściwy
ale zawsze z prawami

inaczej a jednakowo
wygnani

Tekst wybrany jako wiersz miesiąca (maj ’17) na stronie Mieleckiego Towarzystwa Literackiego.

Jutrzenka

błyskotki na czarnym
aksamicie półprzezroczyste jabłka
na srebrzonych gałązkach gatunku rubin
martwe korale wieżyczki
z kośćca łagodnych gigantów

jutrzenka was poprzypinał do
wertykału jak na tablicę ogłoszeń

aż nietykalni przystają i wkładają
w nią oczy pełne światła i wysypują
złotą tęsknotę spod rzęs

aż nieunikniona skruszy ich skręconym
palcem z masy perłowej położonym
na ramieniu

odwracają się a oczy mają
wypełnione pustymi sferami
szlachetnego kiru

to tak jak on
– miał nieść światło
a wolał błyszczeć