MTL

W kółko

świat wydany na kuszenie
na prochowy los

przypomina trwanie drzewa
zasadzonego przez bezwiedny wiatr
zjedzonego przez bezwiedny mech

intuicja koła
nie prowadzi dalej
niż w kółko.

Reklamy

Światłoczułe kartki

Patrzę na „chiaroscuro” Withkacego Zaborniaka i mam wrażenie, że przede mną leży nie tomik wierszy, ale piękne, czarno – białe zdjęcie. Kartki tej książki musiały być wykonane z jakiegoś światłoczułego materiału, który utrwalił – jak na kliszy – blaski i cienie ludzkiego życia. Nie jest to wbrew okładce obraz binarny, upraszczający rzeczywistość, ale pełen niuansów wypełzających zza białego tła i czarnych liter.

Autor mający w swoim dorobku poprzedni tomik pt. „Piętno umęczonej ziemi” (2012) żyje na łonie dwóch ojczyzn – Grecji i Polski. Może właśnie z tego powodu, każdy z sześćdziesięciu dwóch wierszy „chiaroscuro” wydaje mi się kolejnym krokiem stawianym na marginesie pomiędzy dwoma światami. Czytanie tej poezji to podróż odbywająca się w granicy świata dotykalnego i duchowego, a wędrowiec jest istotą wygnaną z jednego i drugiego. Dwie rzeczywistości spotykające się na niewidocznej ścieżce, współistnieją i przenikają się, żeby ukazać życie w zupełnie nowej, lekkiej, iluzyjnej odsłonie.

Daje się w wielu wersach wyczuć pewną melancholię. Jest to żal banity, ale Bóg – sprawca wszystkiego, cel podróży i jednocześnie adresat całego „chiaroscuro”  staje się nie tyle obiektem oskarżeń, jako ten, który wygnał, ale towarzyszem, takim samym cudzoziemcem, jako ten, którego świat nie przyjął. Wytwarza się swoista więź duchowa, zbudowana przez poczucie podobieństwa do Stwórcy, który jest przewodnikiem, łącznikiem i jedyną nadzieją na wydostanie się z marginesu prawdziwego życia.

Tylko, która z przenikających się rzeczywistości jest ostatecznie prawdziwa?

Warto poszukać odpowiedzi w czarno – białej fotografii i ciągle odnajdywać nowe odcienie odbite na światłoczułych kartkach. Ja lubię powracać na granicę światów – pewnie dlatego, że czuję się tam jakoś dziwnie na miejscu.

Myślę, że tomik jest właśnie dla cudzoziemców – ludzi, którzy nie godzą się na obecne realia, ale mają świadomość własnych ograniczeń. Książka ta może być dla każdego z nich wspaniałym pocieszeniem.

Tomik można nabyć u autora. Wystarczy wysłać wiadomość tutaj.

Pikantny „Akt”

Tomik wierszy Izabeli Trojanowskiej wpadł mi w ręce przy okazji wieczoru autorskiego zorganizowanego w restauracji Miastova w grudniu ubiegłego roku. Spotkanie zrobiło na mnie wrażenie – to tylko jeden z powodów dla których od kilku miesięcy nie odkładam tej smukłej książeczki na półkę. Jej miejsce jest gdzie indziej: na oparciu kanapy, stoliku w salonie, parapecie w kuchni, albo na biurku pomiędzy firmowymi dokumentami, a świeżo zaparzoną kawą.

Okładka zaprojektowana przez Pawła Trojanowskiego emanuje zmysłową obietnicą, ale tuż po otwarciu pierwszej strony okazuje się, że nie jest to wcale akt oczywisty, zamknięty tylko w jednym – cielesnym znaczeniu. Przeciwnie, biorąc do ręki jeden „Akt”, dostajemy w prezencie cudowną wielość znaczeń.

Autorka podzieliła treść na trzy rozdziały. Wiersze zawarte w „Akcie miłosierdzia” zdają się być najbardziej kruche, ulotne i delikatne. Wołają o pomoc, o osłonę. Zdają się mówić: „jestem pyłkiem”.

Okazuje się, że to tylko jedna strona medalu, na którego rewersie wyrzeźbiono rozdział drugi – „Akt zuchwalstwa”. Ten akt nie woła – on krzyczy! Nie wzdycha – jęczy! Przeczytanie wierszy z tej części książki to jak przepłynięcie zbuntowanego oceanu i muszę przyznać, że to właśnie kartki środkowego rozdziału są w moim egzemplarzu najbardziej wytarte.

Rozdział trzeci – „Akt tworzenia” to wahanie. Mówi: „oto niedoskonałość” i próbuje dociec, czy warto ją współtworzyć. Nie tylko w przestrzeni artystycznej, ale też w namacalnej rzeczywistości. Nie pozostawia też jednoznacznej odpowiedzi i zmusza do poszukiwań.

„Akt” w istocie jest pikantny. Nieoczywisty. Jednocześnie czuły i hardy. Polecam go wszystkim, nawet tym, którzy przygodę z poezją dopiero zaczynają. Warto.

Tomik można nabyć u autorki. Wystarczy wysłać wiadomość tutaj.

***

pomarszczona pergaminowa o słowach
błahych jak kwiaty
na balkonie nie wierząca obcym
oczom której świat zamyka się
w skorupce rosy

rozcięta za uszami i rozpięta
na badylkach z dręczących wspomnień
za których ujście też płaci
jak za nadzieję głębszego
komplementu o nosku zadartym
że aż wstyd

wypchany po nierówny sufit
jak apteczne półki
po brzegi wiecznie za małe
by pomieścić
rosnący apetyt na strugi
słonego zwycięstwa

autor na każdy temat
rozkazujący zdaniem
autorytarny nie mściwy
ale zawsze z prawami

inaczej a jednakowo
wygnani

Tekst wybrany jako wiersz miesiąca (maj ’17) na stronie Mieleckiego Towarzystwa Literackiego.

Jeden strach

jeszcze jeden we mnie strach
że pamiętać przestanę
twoją prawdziwą twarz

że będziesz dla mnie krzyżem
płótnem, ozdobnikiem
w takiej chwili: obojętnej
tym co martwe i wyryte

odejdziesz powoli, pozwolisz
oglądać swoje, coraz mniejsze plecy
a z mojej słonej niegdyś soli
kryształy pozostaną,
mdłe jak proch i mętne

jeszcze jeden we mnie strach
że dziś jest chwila obojętna
że właśnie teraz tracę smak
patrząc na drogę, która kręta

przenosi cię w zaświaty
z obrazów, sklepień, desek
pełne odprysków i spękań
suche, pradawne, niedostępne.